Szczekająca literatura #10 Co gryzie weterynarza

         Ilekroć odwiedzam gabinet weterynaryjny, a zwłaszcza poczekalnie (a przy dwóch psach, z czego jeden jest przewlekle chorym geriatrą, to można powiedzieć, że mamy odznakę stałego klienta), to odnoszę wrażenie, że na podstawie zasłyszanych i zaobserwowanych tam historii można by napisać książkę. A taki lekarz weterynarii to spędza tam przecież pół dnia, jak nie cały! Materiału więc nie brakuje, a przynajmniej nie powinno. 

    Jeśli pamiętacie recenzję książki „Weterynarz z przypadku”, to wiecie, że spodziewałam się po niej właśnie tych opowieści i anegdot z gabinetu weterynaryjnego. Zamiast tego otrzymałam autobiografię, i to bardzo kiepsko napisaną. Z tego powodu, kiedy zaczynałam „Co gryzie weterynarza” byłam mocno sceptyczna i trochę się bałam co tam znajdę.

Czy w książce p. Łukasza Łebka miałam powtórkę z rozrywki? Zapraszam do lektury.

 

        Zacznę od tego, że każdy pisać może, czasem lepiej lub trochę gorzej…Dr. Łebek pisze zdecydowanie lepiej. Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie i szybko. Jest napisana lekko, po powrocie do dalszej lektury łatwo przypomnieć sobie o co chodziło, a same historie w niej opisane, są po prostu ciekawe. Byłam gotowa na to, że będzie to książka z gatunku tych specjalistycznych, jednak osobiście uważam, że nawet laikowi czytałoby się ją przyjemnie. Autor wyjaśnia terminy medyczne i procedury przeprowadzane w gabinecie w taki sposób, że są łatwe do zrozumienia i zobrazowania. 
        Dużym atutem tej pozycji jest również to, że opisuje nie tylko przypadki psów i kotów, ale też gryzoni i bydła, co dla mnie było czymś nowym i bardzo ciekawym. 

        Zawód lekarza weterynarii to, łagodnie rzecz ujmując, nie jest bułka z masłem. Niezależnie od źródła danych, ta grupa zawodowa plasuje się w czołówce zawodów z najwyższym wskaźnikiem udanych prób samobójczych. Opowieści przytaczane przez autora, oprócz tych zabawnych i śmiesznych, mogą uświadomić dlaczego statystyki są tak okrutne. Sam lekarz wspomina o nich w swoim dziele. 

        Dr. Łukasz Łebek w bardzo bezpośredni sposób opowiada o otyłości gabinetowych pacjentów, eutanazji czy o swoim stanowczym zdaniu na temat kotów wychodzących . Jednocześnie nie pouczając czytelnika o aspektach opieki, które wykraczają poza jego profesję (kto czytał „Weterynarz z przypadku”, ten wie o co chodzi). Przedstawia blaski i cienie pracy w gabinecie, ale też terenie. Poznamy w niej m.in. koty, które w panice zmieniają się w maszynkę do mielenia ludzkiej skóry, ale też dowiemy się jak autor  pomógł krowie po porodzie z powikłaniami, kiedy w biegu zapomniał zabrać połowy potrzebnych narzędzi. Książka bawiąc (a czasem smucąc) uczy i pozwala nabrać większego szacunku do osób, które ratują życia naszych pupili (gdyby komuś tego szacunku brakowało). Uważam, że to dzieło jest warte kupienia go i polecania innym, nie tylko tym świadomym, ale, może przede wszystkim, tym nieświadomym opiekunom. O ile tylko ktoś będzie miał wystarczający dystans, by spojrzeć krytycznym okiem na swoje przekonania, to zrozumie, że bycie samozwańczym specjalistą w dziedzinie zdrowia i życia zwierząt, to nie jest dobry pomysł. A o wiele bezpieczniejsze dla wszystkich jest zaufanie w tej kwestii prawdziwym, wyedukowanym osobom. 

        Podsumowując: Dr. Philipp Schott mógłby przeczytać książkę naszego „krajowego” lekarza Łukasza Łebka. Wtedy zobaczyłby jak się powinno pisać książki o jego profesji. 

Komentarze