Szczekająca literatura #6 Weterynarz z przypadku

To nie będzie długa recenzja. Książka sama w sobie też do grubych nie należy, ale oprócz tego, brak w niej po prostu wartościowej treści, którą można by skomentować. 

To będzie chyba pierwsza tak negatywna recenzja na Uniwersum. Zapraszam.

Grafika pochodzi ze strony wydawnictwa


Autor zatytułował swoją książkę „Weterynarz z przypadku” z powodu swojej historii i tego jak w ogóle został weterynarzem. Po przeczytaniu jego twórczości śmiem twierdzić, że pisarzem jest również z przypadku i niestety bardzo da się to odczuć. 

Nie to, że coś, nie uważam, że trzeba napisać 3 doktoraty żeby móc wydać książkę, ale dla porównania książka napisana przez naszą rodzimą Panią weterynarz - Magdalenę Firlej-Oliwę, to takie porównanie laurki bąbla z przedszkola do rysunku studenta ASP. 

Po tytule spodziewałam się spotkać w treści historię weterynarza, który może i przypadkiem, ale jednak został tym weterynarzem i opowiada nam o swojej drodze do tego, o blaskach i cieniach tego zawodu, o historiach, które przydarzyły mu się w trakcie kariery zawodowej. 

Zamiast tego mamy okropny bełkot o niczym. Przez całą książkę odnosiłam wrażenie, że wielkość książki jest odwrotnie proporcjonalna do ego Pana Philipa Schotta. 

Z książki najbardziej zapadły mi w pamięć dwie historie. Pierwsza - weterynarze to wiadomo, z opiekunem się nie dogadają, bo oni o wydalaniu, a opiekunowie o sraniu (dosłownie mamy taką anegdotę). 

Druga dotyczy starszej Pani, która miała reaktywnego owczarka i nie chciała zastosować do niego metod awersyjnych proponowanych przez dr. Schotta, co wydawało mu się szalone. No faktycznie. 

Jeśli szukacie w tej publikacji smaczków z gabinetu, jakiejś treści merytorycznej (autor - weterynarz tłumaczy nam, że kastruje się samców, a sterylizuje suki - bez komentarza) lub po prostu czegoś lekkiego na poprawę humoru, to absolutnie nie szukajcie tego w tej książce. Będziecie jak ten zdezorientowany John Travolta z mema. Za to znajdziecie tam vibe z „Drogi pamiętniczku”, być może ważny dla samego autora, ale po co był wydawany? Nie wiem.

Shame on you, Panie Philipie, mam nadzieję, że leczy Pan lepiej niż pisze książki. 



Komentarze