Szczekająca literatura #15 Dogadaj się! Jak wychować szczęśliwego psa i zbudować z nim właściwą relację

     Aby zapoznać się z Szczekającą literaturą 14 wystarczy kliknąć tutaj. A teraz zajmiemy się książką Moniki Rakowskiej, która cudem literatury fachowej na pewno nie jest. Jej szkodliwość oceniłabym natomiast na taki poziom zepsutego jaja. Od razu czuć, że coś jest nie tak i unikasz zatrucia wyrzucając je do śmieci. Czytając "Dogadaj się!" natrafia się na tyle absurdów i sprzeczności, że po lekturze nawet nie wie się co i jak robić, więc się z tego nie korzysta. I bardzo dobrze. Zapraszam!




    Monika Rakowska jest autorką metody szkoleniowej Alpha Dogz. Jak głosi opis na okładce:

"System pomaga prawidłowo rozpoznawać psie zachowania i właściwie na nie odpowiadać, by w efekcie kierować psa ku realizacji wymaganych zadań - bez przemocy i w atmosferze psio-ludzkiej przyjaźni."

    Polemizowałabym z tym opisem, bo jeśli to właśnie to autorskie podejście zostało zaprezentowane w tej książce, to w żadnym wypadku nie jest ono bez przemocy (chyba, że dla autorki podduszanie to pieszczota, ale nie będę wnikać). Z tą przyjaźnią też bym się wstrzymała, bo ciężko o niej mówić, skoro pies ma wpychane żarcie we wszystkich stresujących i niekomfortowych sytuacjach. Na pewno w atmosferze motywacji pokarmowej, ale to już co kto lubi. Niemniej w moim odczuciu, szczęśliwy pies z tytułu wygląda tak:

    


        Zacznę od tego, co mnie zaskoczyło w tej książce najbardziej. Otóż jest ona stosunkowo młodą książką - z 2022 r., a nadal hula w niej wesoło jak dzik w żołędziach podejście, że wspieranie psa w lęku, wzmacnia go. Wychodzi na to, że autorka zatrzymała się w kynologicznym średniowieczu i trzyma na równi zachowanie i emocje. Dla tych, którzy tak jak pani Monika, nie widzą różnicy, to teraz proszę otworzyć głowy. Na poziomie emocjonalnym psy są naprawdę dobrze rozwiniętym gatunkiem, a stany emocjonalne, które są w stanie odczuwać, są podobne do tych naszych - ludzkich. Tak więc, czy w momencie, w którym boicie się burzy, a ktoś przyjdzie do Was i powie "Hej, wszystko jest w porządku, chodź wejdziemy pod kocyczek, puścimy sobie głośno film i zajmiemy czymś innym", to sprawi, że na następną burzę będziecie bać się jeszcze bardziej żeby tego doświadczyć? Mam nadzieję, że nie, bo to nie byłoby zdrowe. I u psów też nie daje to takiego efektu. Kiedy się boimy, a mamy z kimś "atmosferę przyjaźni", to oczekujemy od tego kogoś wsparcia w trudnych chwilach i pomaga nam ono często, jak nic innego. Dobra, czuję się trochę mniej striggerowana i mogę przejść do następnego punktu. 

    Drugą rzeczą, która się absolutnie niczego nie trzyma, jest podkreślanie, że psa nie karzemy i nie krzyczymy na niego. Ale używanie dławika jest już jak najbardziej w porządku. Albo - najlepszym sposobem na oduczenie psa zjadania śmieci jest podniesienie go nad ziemię za ten dławik i pies w końcu wypluje zdobycz. My mu niczego nie zabronimy i nawet głosu nie trzeba będzie podnosić! Tylko malutkim skutkiem ubocznym jest to, że najprawdopodobniej pies, który jest wyjątkowym śmieciojadem, w tym momencie będzie już na granicy utraty przytomności z podduszenia. Tylko kto by tam zwracał uwagę na takie szczególiki. Przypomnę Wam, że według autorki psa nie karzemy. Ale jak za dużo za nami chodzi w mieszkaniu, wymusza zabawę i w ogóle kręci się jak menel po dworcu, to zamknąć go do klatki albo do osobnego pokoju i niech nas nie widzi w ogóle. A jak będzie jęczał, to trochę pojęczy i przestanie, przecież jak go wypuścimy to mu pokażemy, że wystarczy pojęczeć i wyjdzie, a tak być nie może! 
I w taki oto sposób spalamy psu klatkę i traktujemy ją tak, jak wyobrażają to sobie ludzie będący ich przeciwnikami. Monika Rakowska twierdzi, że jak pies będzie dostawał dużo żarcia w tej klatce i w ogóle jak będzie dostawał jedzenie w domu, to tylko tam - wtedy będzie tą klatkę kochał. 
Z pewnością gdzieś się taki pies znajdzie, ale nie zawsze nauka klatkowania będzie szła jak po maśle. Często może iść jak po grudzie, a nawet jak po tłuczonym szkle, kolcach róży i gwoździach, podczas gdy Wasze stópki są bose jak u Cejrowskiego. 
    
    Trzeci nonsens, o którym już trochę wspomniałam, to zatrważająca ilość smaczkowania. Autorka daje jedzenie nawet za zabawę. No naprawdę tego żarcia jest tam tyle, że na spacer, to nie powinno się chodzić z saszetką, tylko z 35 litrowym workiem, i to na bidę. A jak już nawiązuję do tego, co trzeba wziąć na spacer, to Monika ma jakąś niezdrową relację z metalowymi wiadrami. Otóż sposobem na psa z fobią dźwiękową, albo psa lękliwego jest kij i metalowe wiadro. Brzmi kontrowersyjnie? To dobrze, bo takie jest. U psa z fobią dźwiękową doradza się wrzucanie żarcia do wiadra i waleniem w to wiadro kijem, kiedy głowa psa jest już w środku. A potem w ogóle wydawanie najróżniejszych dźwięków kiedy pies ma tą głowę w wiadrze. Już pomijając fakt jak absurdalnie wygląda się idąc na spacer z wiadrem, kijem i workiem smaczków, to zalewanie psa bodźcem i wprowadzanie go w bezmyślne pochłanianie żarcia, to prosta droga do katastrofy zdrowotnej i behawioralnej. Bo co w momencie jak tych smaczków weźmiemy za mało, a pies nagle usłyszy jakiś dźwięk i nie będzie mógł zażreć swojego stresu? Pozostanie mu wystartować pionowo do góry i wystrzelić na orbitę. Ewidentnie ten sposób powstał po tym, jak Rakowska poszła do zoo i zobaczyła jak strusie naparzają dyńką w ziemię i wtedy już nic ich nie ruszy emocjonalnie i fizycznie. I stwierdziła, że jest to tak genialne, że przełoży to jakoś na pracę z psem. Polecam założyć to wiadro sobie na głowę, przynajmniej każdy będzie wiedział, że ma do czynienia z zakutym łbem. 
    
    Last but not least - samo wydanie. Ta książka trzyma się kupy, jak ta teoria Rakowskiej. Strony wypadały mi same podczas czytania. Jest MNÓSWO literówek. Naprawdę mnóstwo. Jakbyście kiedyś wydawali książkę i stwierdzili "Łe, po co płacić za korektę jak word mi wszystkie błędy podkreśli", to tu macie przykład, że korekta jest potrzebna. Bo może nie napiszecie "przczoła", ale sformułowanie "przy czy" (zamiast "przy czym") już jest dla programu dosyć legitne. Oba słowa istnieją, są napisane poprawnie i tylko ten czytelnik biedny dostaje krwotoku z oczu i zawiechy, jak to czyta. W książce jest dużo zdjęć, a tylko dwukrotnie zostały użyte do tego, żeby zobrazować treść. Całą resztę autorka opisuje SŁOWNIE. No ale kurde, szanujmy się, obfotografowanie wszystkiego o czym ona tam napisała, wymagałoby przede wszystkim przemyślenia, o co w tym w ogóle chodzi, a myślę, że sama Rakowska tego nie wie. 

    Podsumowując: nie dziękujcie, że nie musicie już marnować swoich ciężko zarobionych pieniędzy na przekonanie się jakim wątpliwej jakości dziełem jest ta książka. Nie dowiecie się z niej nic. Początkujący nie będą wiedzieli co i jak, zaawansowani będą wiedzieli, że absurd goni absurd. Pociesza mnie tylko to, że ta książka ma słabe recenzję wszędzie, a nie tak jak "Przyjaźń na dwie ręce i cztery łapy" - ma swoją sektę, która podbija jej sztucznie ocenę. 
    Mam nadzieję, że kolejna na mojej liście książka da mi chwilę oddechu od takich gniotów. 

Komentarze