Pieskie zdrowie



Dzielny Pan Pieseł. Tak wyglądał w środę o pierwszej w nocy, kiedy w końcu pozbierałam się po wszystkim co wydarzyło się w ciągu dnia. Opowiem wam co się w ogóle wydarzyło.

Byliśmy po południu na godzinnym spacerze. Rufus wrócił ledwo żywy, ale nie oszukujmy się, ostatnie upały nie należą do przyjemnych dla nikogo. Jęzor do ziemi, dyszał jak smok, położył się i poszedł spać. Nagle po godzinie obudził się i zaczął się dusić. Nie był to kaszel, bardziej przypominało to łapczywe łykanie powietrza lub takie ludzkie „łkanie”. Wcześniej zdarzyło mu się tak robić ale było to takie pojedyncze maksymalnie do 3 oddechów i spokój. Tym razem trwało to 30 sekund. To było chyba najdłuższe 30 sekund mojego życia. Zaczęłam pierwszą pomoc w przypadku zadławienia. To było pierwsze co przyszło mi do głowy. Niestety nie pomagało, a psu oczy zaczęły zachodzić mgłą, no koszmar. Pró

Jak się okazało serducho jak dzwon, tyle dobrze, natomiast przez przypadek lekarz zjechał trochę głowicą i okazało się, że pies z pełnym żołądkiem miał prawie 10 cm woreczek żółciowy, który powinien być pusty żeby żółć mogła pomóc trawić pokarm. A Rufuseł łykał powietrze żeby ulżyć sobie w bólu.

Dostaliśmy leki rozkurczowe i na rozrzedzenie żółci, w piątek mamy kolejne USG, tym razem na czczo i badania krwi (dodatkowo przebadamy komoleksowo tarczyce, bo jak to Pani doktor powiedziała „Ma Pani rację z tą sierścią, wychodzi z niego drzwiami i oknami.”)

Pies ma się coraz lepiej, chociaż nadal szybciej się męczy i chwilami jest taki „smutniejszy” niż zwykle, ale za to minęły jego „duszności”.

Apeluje do was żebyście profilaktycznie badali swoje psiaki.

Badania krwi chociaż raz w roku i USG.

My krew badaliśmy, a mimo to, działo się coś złego co trzeba było zobaczyć. Lepiej zadziałać już ma samym początku, kiedy jeszcze wiele można wywalczyć i wyleczyć, bo często stany, w których objawów nie da się nie zauważyć, nie są już nawet operacyjne. I wtedy jest za późno. My na razie walczymy. Trzymajcie za niego kciuki!

P. S. Dziękuję mojej przyjaciółce, na którą zawsze mogę liczyć gdy dzieję się coś złego i nie jestem pewna czy poradzę sobie sama z przerażonym, 20-kilowym smokiem i

bowałam go uspokoić, w końcu atak ustał. Wtedy szybko spakowałam nas do auta i zawiozłam go do szpitala. Osobiście myślałam, że to od serca, więc nie pojechaliśmy do naszej stałej Pani weterynarz, ponieważ nie ma aparatury do echo serca, pojechaliśmy trochę dalej do większej kliniki. Dzwoniłam tam przed wyjazdem, że mam psa z dusznościami, więc kiedy dojechałam zostaliśmy poproszeni poza kolejką od razu do klatki tlenowej. Rufus był najdzielniejszym psem na świecie. Byłam praktycznie pewna, że nie wejdzie do metalowej, zabudowanej klatki po dobroci, ale stwierdziłam, że muszę spróbować, bo nie chcę go stresować jeszcze bardziej wciskając go tam na siłę. Chwilę nam to zajęło, ale kiedy pies zaufał mi i kroczek po kroczku, mimo strachu, wszedł do środka, aż wzruszenie złapało mnie za gardło. Duma mnie rozpiera nawet do tej pory. Pani doktor poprosiła mnie do gabinetu na zebranie wywiadu. Psiak musiał zostać na obserwacji na pewno do momentu aż zobaczy go kardiolog. Kolejne godziny były dla mnie udręką. Musiałam zostawić moją strachliwą bestyjkę samą w obcym miejscu, wśród weterynarzy, którzy z samej zasady, go stresują. Dla mnie Rufus to moje dzieciątko i martwię się o niego dokładnie tak samo. Po 22 zadzwoniłam do kliniki po informacje. Wiedziałam, że coś jest nie tak, kiedy powiedziano mi, że Pani doktor oddzwoni do mnie

i wszystko mi wytłumaczy. Jak się okazało serducho jak dzwon, tyle dobrze, natomiast przez przypadek lekarz zjechał trochę głowicą i okazało się, że pies z pełnym żołądkiem miał prawie 10 cm woreczek żółciowy, który powinien być pusty żeby żółć mogła pomóc trawić pokarm. A Rufuseł łykał powietrze żeby ulżyć sobie w bólu. Dostaliśmy leki rozkurczowe i na rozrzedzenie żółci, w piątek mamy kolejne USG, tym razem na czczo i badania krwi (dodatkowo przebadamy kompleksowo tarczyce, bo jak to Pani doktor powiedziała „Ma Pani rację z tą sierścią, wychodzi z niego drzwiami i oknami.”)

Był troszkę skołowany, bo musiał zostać delikatnie „przymulony” do badania i bujało go na boki, plus nóżka bolała i kulał troszkę, ale jak „poojojojałam” to przeszło.

Pies ma się coraz lepiej, chociaż nadal szybciej się męczy i chwilami jest taki „smutniejszy” niż zwykle, ale za to minęły jego „duszności”.

Apeluje do was żebyście profilaktycznie badali swoje psiaki. Badania krwi chociaż raz w roku i USG.

My krew badaliśmy, a mimo to, działo się coś złego co trzeba było zobaczyć. Lepiej zadziałać już ma samym początku, kiedy jeszcze wiele można wywalczyć i wyleczyć, bo często stany, w których objawów nie da się nie zauważyć, nie są już nawet operacyjne. I wtedy jest za późno. My na razie walczymy. Trzymajcie za niego kciuki!

P. S. Dziękuję mojej przyjaciółce, na którą zawsze mogę liczyć gdy dzieję się coś złego i nie jestem pewna czy poradzę sobie sama z przerażonym, 20-kilowym smokiem.



Komentarze